Autor: Oliwia Staszczyk
Ciało.
Ile znaczy jego piękno, ten tylko się dowie, kto stracił jego funkcjonalność. Kogo zaczęło coś chronicznie boleć i nie była to dupa od patrzenia na te inne, idealnie wyglądające kobiety.
Ciało.
Czy kiedy go bronię, mam na uwadze jego najlepszy interes? A kiedy strofuję i ganię, czy pamiętam, że aż do śmierci będzie mi jedynym kompanem? Czy dbam o jego potrzeby? Czy daję mu prawo do odpoczynku, przyjemności, chwili oddechu?
Ciało.
Czy gdyby było psem, to mogłabym powiedzieć, że wystarczająco często wyprowadzam je na spacer? A kiedy potrzebuje się zatrzymać, czy na pewno daję mu na to przestrzeń i czas, czy już po chwili mocno ciągnę, żeby ruszyło dalej?
Czasami z pośpiechu, a czasami tylko dlatego, że JA TAK CHCĘ? A może ktoś jeszcze sprawuje nad nim władzę? Każe dostosowywać się do kanonów, mówi co mu wolno, a co nie i narzuca coraz szybsze tempo?
Ciało to ja
Miałam rozmiar XS i wiem jak to jest, zamiast jeść śniadanie, być na nim zjadaną. Wzrokiem.
Miałam rozmiar XXL i wiem, jak to jest być niewidzialną, mimo że ciało przecież zrobiło wszystko, by wykrzyczeć: „zobacz mnie !”
Wreszcie miałam rozmiar S, M i L i wiem, jak to jest się do siebie przypierdalać o najmniejszy fragment zdjęcia, w którym włosy leżą nie tak jak trzeba. Po to tylko, żeby za kilka lat na nie spojrzeć i powiedzieć: „boże, jaka wtedy byłam piękna!”
Czemu więc wtedy się tak nie czułam?
Jak o tym rozmawiać z innymi kobietami jednocześnie nikogo nie wprawiając w zakłopotanie? Nie wpychając się nawzajem w kompleksy? Lęki? Zwątpienie? Zwłaszcza, że odkąd pamiętam – czego jedna w sobie nienawidzi, druga oddałaby za to wszystko. Proste włosy wzamian za kręcone. Duży tyłek za mały. Chociaż, odkąd w mediach pojawiły się Kardashianki – równie dobrze mały tyłek za duży.
Do tematu ciała trudno jest nam podejść na chłodno. On w nas zbyt mocno coś otwiera. I nie jest to paczuszka czekoladek magic stars. Raczej słój z kiszonkami, które trzeba powąchać, czy jeszcze są świeże. I człowiek raz przybliża się, to znów oddala od jego zawartości, nie mając jasności: dobre to czy to niedobre?
Może to właśnie z tego względu tak bardzo próbujemy nasz stosunek do ciała odpowiednio nazwać. Mamy potrzebę jego skategoryzowania jak w większości niejednoznacznych zagadnień. A może chcemy nadać mu ramy, przypisać pojęcia by odzyskać nad nim sprawczość?
W tej kwestii, jedyne co pewne – to wątpliwość. Dlatego w następnych akapitach zapraszam Was do przyjrzenia się od nowa powszechnie funkcjonującym podejściom do cielesności.

Czym jest ciałopozytywność?
Z jednej strony to ruch społeczny uznający, że każdy człowiek powinien mieć pozytywne wyobrażenie o własnym ciele. Że nieważne, czy z piegami, krostkami, a może trądzikiem- Twoja skóra jest atrakcyjna. Nieważne, czy masz długie nogi jak makaron spaghetti, czy krótkie jak rurki – możesz być modelką. Bo piękno to tylko konstrukt społeczny. A nierealistyczne standardy urody nie powinny mieć wpływu na naszą samoocenę.
Z drugiej strony ruch ciałopozytywności mówi o bardzo ważnej rzeczy w kontekście naszej fizyczności, ale też tego, co dla nas różne, odmienne, nowe. Mówi o akceptacji. I jak zawsze znajdą się tacy, którzy na akceptację patrzą z podejrzliwością. Jakby równała się bierności. Jakby oznaczała: już nigdy więcej żadnego kroku w jakąkolwiek stronę. Jedynie poddanie się zaistaniałemu warunkowi, popłynięcie z falą, ewentualnie z falkami…
Ale nic bardziej mylnego. To, że ja się godzę z tym, że moje ciało jest jakie jest, nie oznacza, że nie mogę nic z nim robić. Krótko ścięte włosy wcale nie muszą oznaczać braku akceptacji dla długich. Mogą mówić zaledwie, że nadeszło lato i chcę, żeby szybciej schły po moim wyjściu z wody. Sto przysiadów trzy razy w tygodniu też nie będzie zaprzeczeniem zgody na to, jak ciało wygląda. Przy odpowiednim podejściu może tylko mówić: siedzę 160 godzin miesięcznie przy kompie, jak nie wzmocnię mięśni pośladka, wkrótce zacznie mnie coś mocno boleć
Co znaczy ciałoneutralność?
Jednak coraz więcej koleżanek zaczęło mi mówić o ciałoneutralności zmęczone postawą: JESTEŚ BOGINIĄ. Wcale się tak nie postrzegały, a próby wskrzeszenia takiego żaru względem samej siebie kończyły się tylko pyłem i popiołem. Smrodem spalenizny. Nic dziwnego. Wszak nie jest możliwe, żeby zawsze czuć się zajebiście ze swoim ciałem. Nawet jeśli przez większość dni promieniejesz pewnością siebie jak Beyonce i jedyne, co chcesz powiedzieć to: „I woke up like this, bitches”. Raz na jakiś czas, zwłaszcza, gdy wyrośnie Ci jednorożec pomiędzy brwiami albo brzuch spęcznieje jak cieciorka – możesz zaliczyć spadek formy. Albo kiedy gile zajmą Ci kawał brody i przypadkiem obgryziesz paznokcie do połowy. Istnieje szansa, że wtedy nie staniesz przed lustrem krzycząc: WOW, BOGINI, JAKA JESTEŚ CZADOWA. Może wcale nie będziesz miała ochoty w nie spojrzeć. Może obok przeczytasz napis: „jesteś piękna, jaka jesteś” tego dnia akurat trochę mniej w niego wierząc. A może nie wierząc wcale.
Bo jeśli nie oddzielać tego co psychiczne od fizycznego i przyjąć w końcu, że ciało to my, a nie jakiś odrębny byt, nie jest możliwe czuć się zawsze zajebiście z samym sobą. Jak w każdej relacji przechodzi się nieustannie przez różne jej etapy i nie na okrągło jest to wesoły honeymoon z pierwszych miesięcy znajomości. Etap niemowlaka, który zobaczył po raz pierwszy swoje odbicie i teraz radośnie krzyczy, nie mogąc uwierzyć, że to on… jest już za nami. 😉
Nic dziwnego, że ruch, który stawia na użyteczność ciała zamiast skupiać się na jego wyglądzie, pojawił się w naszej narracji i współczesnej dyskusji. Sama po pierwotnym zachłyśnięciu się bodypositive przyjęłam ciałoneutralność z pocałowaniem ręki. Tylko teraz, w miarę jak i te emocje opadły, rodzą się nowe pytania. Na przykład, czy my tak naprawdę jesteśmy w stanie uciec od tego, jak jesteśmy widziane? Jeśli co do tego, żeby negatywnie nie komentować cudzego wyglądu zgadzamy się jak jeden mąż, to czy na pewno równie zgodnie widzimy kwestię komplementów i pochwał?
Wyniki badań przeprowadzonych na nastolatkach w książce “Obsesja piękna” jednoznacznie wskazują, że należy powstrzymać się od jakichkolwiek komentarzy na temat ciała innych ludzi. I tych dobrych i tych złych. Bo tylko w ten sposób jesteśmy w stanie pozbyć się przekonania, że ktoś nas ocenia po wyglądzie. Że ktoś się koncentruje na tym, w czym przyszliśmy na spotkanie i jakie akurat dzisiaj mamy włosy.
Ale jeśli wybrać się na pierwsze lepsze wesele, wystawę, spektakl, premierę filmu, jedno z setek spotkań, na których ważne jest stworzenie odpowiedniego wizerunku – zadaję sobie pytanie, czy naprawdę możliwe jest się nie komplementować. Nie docenić wysiłku? Nie zaoferować tych kilku słów, po których oczy rozmówcy zaświecą jaśniej?
Inne pytanie to neutralność. A raczej – co z nią? Czy ciało może być neutralne? Ciało, czyli my. Nasz dom. Miejsce, w którym mieszkają wszystkie nasze emocje. Czy da się nie patrzeć jak ktoś je urządził?
Ciało jest kulturowe, ciało jest polityczne
Nawet jeśli indywidualne chcemy się od ciała zdystansować i mocno zająć się czymś innym – nie zmienia to faktu, że jest ono podatne na szerszy kontekst i wpływy. Wpisuje się ono w kanony lub nie. To, co z nim robimy, mieści się w standardzie lub nie. Możemy ukryć swoje myśli, ale nie swoje ciało. I tak inne podejście do tego co atrakcyjne będzie miała 20-letnia Polka, a inne 70-letnia Chinka. Inny wzór zachowania swojego ciała każda z nich będzie uznawała za odpowiedni przy stole. O ile ta pierwsza pomyśli dajmy na to o tym, żeby usiąść prosto, ta druga nie zapomni o beknięciu w ramach podziękowania. Pytanie więc: w jakim stopniu myśli o moim ciele, o tym co wypada z nim robić lub nie, ograniczają moje ciało?
Bo za te wszystkie zachowania nie grozi przecież więzienie ani mandat od policji. Te zasady są w nas tak mocno zasiewane od dziecka, żeby nam nawet nie przyszło do głowy wsłuchiwać się w ciało i zastanawiać, co dla niego jest przyjemne.
Do odpowiedzialności karnej natomiast można pociągnąć lekarzy, którzy podwiązywali kobietom jajowody na życzenie. Jak to w ogóle jest, że za jajowody można dostać do dziesięciu lat pozbawienia wolności, a za nasieniowody 2000 zł i uścisk ręki szczęśliwego mężczyzny po wazektomii, który w końcu będzie mógł uprawiać seks bez zmartwień i konsekwencji.
Jak to jest, że sutki mężczyzn mogą bez wahania maszerować ulicami miasta, beztrosko taplać się na publicznych basenach, pozować do zdjęć na Instagramie, a za te kobiece dostaje się bana w internecie i krzywe spojrzenie na ulicy? A nie daj bóg wypłynie z nich mleko i prawda na jaw, że nie są po to, żeby się podobać.
No i aborcja. Kto nie wierzy, że ciało jest polityczne niech się przyjrzy debacie o usuwaniu ciąży – powracającej co roku, ale najczęściej w okolicach wyborów. Chociaż w naszym kraju z “wyborem” niewiele mają wspólnego.

Dbam o moje ciało
Przyjrzyj się też w najbliższym czasie tym, którzy uchodzą za ideał dbania o ciało. Nie tylko influencerom, ale też wujkom, co biegają maratony, kuzynkom, które chodzą na zabiegi liftingu twarzy, czy pośladków. Zastanów się, na ile w dbaniu o ciało jest pozwalania na jego naturalny rytm, np. regeneracji – a ile poganiania i nieustannego podnoszenia poprzeczki? Ile w nim odżywek, suplementów i intensywnych kursów?
Wiemy, że sport wyczynowy na dłuższą metę przyczynia się do kontuzji, a więc można powiedzieć, że przynosi efekt odwrotny do zamierzonego – tego prozdrowotnego. A jeśli nie chodzi o zdrowie, to o co? Jaka jest wówczas funkcja ciała, które na przemian biegnie, płynie i jedzie na rowerze? O co mi chodzi? O dobry wizerunek np. siłaczki? O atrakcyjny wygląd? O zmierzenie się ze swoimi słabościami? O odreagowanie trudnych sytuacji, traum, uzależnień? A może to ucieczka od myślenia o śmierci, o przemijaniu? Od myślenia o tym, że to ciało się zmienia. Traci funkcje i nie da się tego zatrzymywać w nieskończoność. Dlaczego dalej chcę to robić, mimo że wiem, że czasami od tego się umiera? Ktoś dostaje zawału w trakcie triathlonu, komuś udaje się wejść na Mount Everest, ale niestety bez gwarantowanego powrotu. Nie zawsze metoda oddychania Wima Hofa zadziała. Jak to jest, że mimo wszystko świadomie wybieram to ryzyko, jakby jutra nie było?
W świecie filtrów na Instagramie idealnie retuszujących twarze i dziewczyn młodszych ode mnie, które poddają się operacjom plastycznym – trudno rozróżnić, co jeszcze jest uleganiem modzie, a co już lękiem przed starością. Być może w świecie sportu również istnieje cienka granica pomiędzy zdrowiem, a pragnieniem nieśmiertelności, tak jak Voldemort w Harrym Potterze.
Ja sama chciałabym powiedzieć, że słucham swojego ciała, ale widzę, jak czasem je zajeżdżam.
Jak zamiast snu, podaję mu kubek kawy.
Nie u mnie więc szukać odpowiedzi.
Każdy musi podłubać trochę w swoim ogródku.
Każdy musi je znaleźć w swoim ciele.
Czego sobie i Tobie życzę,
Wszedzieważne
P.S. Jeśli poruszył cię ten list napisz mi o tym, jakie są twoje przemyślenia w tym temacie? Podziel się zawartością swojej głowy. Don’t be a stranger!

