cele rozwoju osobistego

Samotność na emigracji

utworzone przez | Zdrowie psychiczne

Każdy przypadek jest indywidualny, dlatego pamiętaj, że artykuły nie zastąpią terapii!
Jeśli potrzebujesz wsparcia zarezerwuj spotkanie tutaj!

Cześć ,

Nigdy nie czułam się tak samotna jak na emigracji.

A czułam się samotna kilka dobrych razy w życiu.

Najpierw tak klasycznie – na pierwszym roku studiów, bo moja współlokatorka praktycznie przeprowadziła się do swojego chłopaka, zostawiając mnie samą w wynajmowanym mieszkaniu, w nowym mieście, z dala od rodziny. Byłam taka młoda, a już nie miał mi kto szklanki wody podać.

Potem, będąc w drugim poważnym związku odkryłam, co to znaczy być z kimś, a jednocześnie czuć jakby nigdy go nie było przy mnie naprawdę. Niby trzymając się za ręce, a w rzeczywistości tylko pozorów dobrze funkcjonującej pary, która co wieczór odwraca się do siebie plecami bez słowa.

W jednej z przyjaźni, w której wielokrotnie musiałam tłumaczyć, co dokładnie chciałam powiedzieć, bo ani nie mówiłyśmy tym samym językiem miłości, ani nie zgadzały się nasze wizje przyszłości – w pewnym momencie jakbyśmy po prostu nagle przestały nadawać na tych samych falach.

Ale też gdy miałam zapalenie skóry i miesiącami całe ciało nie przestawało mnie swędzieć, a w głowie dźwięczały mi słowa kogoś kto kiedyś napisał, że „byle ból zęba przypomina Ci nagle, że rodzimy się i umieramy sami”.

Na emigracji jednak przepaść między mną, a innymi ludźmi zwiększyła się do potęgi. I mój umysł nie do końca dobrze sobie z nią radził.

Chcę być wśród ludzi, którzy znają moje imię

Takie słowa zapisałam na jednej ze stron mojego dziennika podczas pierwszego roku w Hiszpanii. Okazało się bowiem, że tak drobne rzeczy, które na co dzień bierzemy za pewnik, w przypadku wyjazdu do innego kraju przestają być oczywiste.

Zgodnie z teorią szoku kulturowego, która mówi, że z początku zastane przez nas różnice widzimy w pozytywnym świetle, odbieramy nowe miejsce jako fascynujące, pełne możliwości. Przeżywamy zachwyt nowością.

Kryzys przychodzi dopiero po upływie miesiąca miodowego, gdy zaczyna się codziennie życie, w którym to wchodzimy nagle w zupełnie nowy kontekst społeczny, środowisko, w którym nie ma już koleżanki siostry mamy, która pomoże nam załatwić papiery w urzędzie. Nie ma Pana Zbyszka, wujka naszego chłopaka, który przyjedzie sprawdzić, czemu pralka przestała nagle odciągać wodę. Nie ma najbliższych, którzy znają nasze historie, wiedzą jacy jesteśmy naprawdę, co lubimy, a czego się strasznie boimy.

Jest za to bardzo dużo ludzi, którzy nieustannie pytają nas, jak mamy na imię i skąd pochodzimy. Co nas sprowadza do danego miejsca i jak długo już się tego języka uczymy, żeby po chwili dodać, że super nam idzie jak na cztery miesiące, pół roku czy dwa lata. Ewentualnie dopytując, co najbardziej nam się tu podoba.

Można by założyć, że stosunkowo łatwo jest poznawać nowe osoby. Istnieją przecież platformy społecznościowe stworzone do urządzania eventów w różnych miastach, są tematyczne grupy na Facebooku, wydarzenia na stronach typu meetup, gdzie organizują się ludzie zainteresowani konkretną aktywnością tj. wspólnym gotowaniem, trekkingiem w pobliskie rejony czy spacerami z psami. Można sobie ściągnąć Tindera, Badoo, Grindra czy inne Bumble. Pójść na wieczór językowy organizowany pod szyldem „Tandem” na którym można ćwiczyć wybrany język z nativami. A jednak, jak w wielu innych dziedzinach życia, nie tak ważna jest ilość, co jakość.

Kompana do wypicia browara można sobie znaleźć zawsze i wszędzie, nawet na murku pod sklepem. Ale odnalezienie bratnich dusz, wśród których można tak jak Max Kolonko „mówić jak jest”, zwierzać z tego co leży nam na wątrobie, nie należy już do najłatwiejszych zadań.

Dobre relacje – poprawa jakości życia na obczyźnie

By je nawiązać w nowym kraju, po pierwsze trzeba odsiać ziarna od plew.

Po drugie, nawet gdy ma się przed sobą relację z potencjałem potrzeba dużo czasu i cierpliwości, by faktycznie ją rozwinąć, dać się oswoić. By mogła urosnąć do rangi tych głębokich, stałych przyjaźni, które nawiązaliśmy kiedyś w szkole, na studiach czy w sąsiedztwie.

Po trzecie, należy pamiętać, że zarówno emigranci jak i digital nomadzi to nieprzewidywalna grupa ludzi. Nigdy nie wiadomo, kiedy zmienią kraj albo do niego wrócą. (Pandemia wyraźnie to pokazała).

W takiej sytuacji emocją, która może się w nas pojawić, jest strach przed zaangażowaniem (i jest to zupełnie naturalne): Ja Ci tutaj serce na dłoni dam, a Ty tak po prostu wyjedziesz? Tyle w tę znajomość zainwestuję, a Ty mnie zostawisz?

Znam wiele osób, które z tego względu po kilku tego rodzaju stratach decyduje się być bardziej ostrożna i lokować swoje emocje w bardziej stałych obiektach uczuć: jak lokalni mieszkańcy czy ekspaci, którzy zdecydowali się w danym miejscu założyć rodzinę.

Alternatywą dla poszukiwania nowych przyjaźni wydaje się być więc koncentracja na utrzymywaniu tych starych. Co może być również nie lada wyzwaniem, zwłaszcza w przypadku cyfrowych nomadów, którzy z reguły pracują zdalnie, spędzając osiem godzin przed komputerem, a kontakt z bliskimi jest możliwy jedynie telefonicznie lub przez połączenie na kamerce – na które po całym dniu przed ekranem bywa, że najzwyczajniej w świecie nie ma się już ochoty.

Odległa bliskość i bliskie kontakty na odległość

A może w tym by budować i utrzymywać relacje nie chodzi o czas, który się ze sobą spędza, tylko o wspólnotę doświadczeń?

Trudno jest poznawać ludzi bez przeżywania wspólnych rzeczy, a trudno jest nazwać przeżywaniem wspólnych rzeczy umawianie się na drinka po pracy.

Za dzieciaka pamiętam, że nawet podczas domówek u którejś z koleżanek nie sam moment imprezy był tym najbardziej spajającym, ale ten poranek następnego dnia, kiedy jeszcze w łóżku zaczynało się przegadywać wszystko to, co zadziało się poprzedniego wieczora. Kto się z kimś całował, a kto kogo odrzucił, kto się zachowywał głupio, a kto zadziwiająco miło, kto komu powiedział prawdę, a kto się przed kim zwyczajnie zgrywał. Ten kto jeszcze w makijażu i wieczorowych ciuchach wychodził wcześniej z przyjęcia i nie zostawał do porannego rytuału omawiania wszelkich szczegółów, siłą rzeczy wypadał z zacieśniającego się kręgu.

Często ludzie w podróży niemal błyskawicznie odnajdują swoich kompanów drogi.

Zdarza się, że już po kilku dniach opowiadają im rzeczy, których nie byli w stanie wyjawić znajomym z którymi spędzają czas na co dzień. Płaczą, gdy przychodzi się rozstać, mimo że przecież dopiero co się poznali, a i nawet czasu nie było by sobie coś obiecać. Przeżyli jednak ze sobą ten snorkeling wśród najpiękniejszej rafy koralowej jaką widzieli, a potem w trakcie wspólnego obiadu ktoś powiedział coś tak zabawnego, że po raz pierwszy od dawna płakali ze śmiechu. Albo odwrotnie – zatruli się czymś jak nigdy dotąd i razem umierali w hostelowym lobby głaszcząc koty. Wszystko to jednak uczyniło te znajomości wyjątkowymi i już na zawsze będą kimś więcej niż tylko przeciętnymi Kowalskimi spotkanymi po drodze.

lokalnej społeczności podobny mechanizm może zadziałać w najbliższym sąsiedztwie. Technologia dała nam iluzoryczne poczucie skróconego dystansu między dowolnym miejscem, w którym się znajdujemy, a naszymi bliskimi. Jednak w dalszym ciągu trasa, jaką realnie trzeba pokonać żeby się zobaczyć, odwiedzić, poklepać po ramieniu – gra dużą rolę. (A trasę tę pokonać warto, bo wirtualny uścisk nigdy nie zastąpi realnego dotyku od którego spada poziom stresu i wydziela się oksytocyna regulująca napięcie).

Potrzebą ściśle związaną z samotnością jest potrzeba przynależności. Chcemy być częścią czegoś większego.

Chcemy posiadać swoje plemię.

Miło nam gdy sąsiad nas zna albo pani w piekarni mówi do nas po imieniu. Czujemy ulgę, gdy w sytuacji awaryjnej nie musimy szukać na cito hotelu dla psów, tylko możemy zostawić naszą pociechę u kolegi, który mieszka kilka przecznic dalej.

Być może szukamy gdzieś daleko, a nie zauważamy tego, co mamy pod ręką. Nie zdajemy sobie sprawy z możliwości, jakie daje nam fizyczne bycie blisko siebie. A przynoszenie sobie kawałków ciasta, które się akurat upiekło czy wspólne użytkowanie dachu albo patio to rodzaj wyjątkowych momentów, które da się dzielić jedynie z niewielką grupą ludzi.

Może właśnie taką, do której najszybciej będzie nam przybiec, gdy będziemy potrzebowali pomocy.

Nowe szanse i jak otaczająca nas kultura wpływa na postrzeganie samotności

Samotność to temat trudny i doskwierający wielu osobom.

Komu z nas łatwo się przyznać do jej odczuwania?

Wyjechanie z kraju, a potem tworzenie poza nim nowych relacji, daje nam nową szansę na przyjrzenie się temu czego nam trzeba, co najbardziej sobie cenimy w ludziach. Wyrywając się ze stałego kręgu znajomości, który niejako wrósł w nas z czasem, możemy z nową wiedza i perspektywą zadecydować, kogo chcielibyśmy tak naprawdę do niego wpuścić. Mamy możliwość świadomego wyboru nowych relacji – takich które w danym momencie życia uważamy za potrzebne i satysfakcjonujące.

Oczywiście nie wszyscy wyjeżdżający będą mieli takie same sprzyjające okoliczności do nawiązywania kontaktów.

Zupełnie inna dynamika zachodzić będzie w małym francuskim miasteczku, a inna w Londynie. Inne szanse będą miały osoby ze znajomością języka i te dopiero zaczynające jego naukę. Inne wyzwania będą czekały na osoby emigrujące solo, a inne na te wyjeżdżające w parze. Na te, które „pojechały za pracą” i tam znalazły swoją społeczność albo na te, które „pojechały za miłością” i przeprowadziły się dla ukochanych, nie znając nikogo innego. Ale nawet poprzez to, czego nam brakuje, możemy zyskać wiedzę o sobie samym, odkryć co jest dla nas ważne.

W tęsknocie za tym, co było, a na daną chwilę jest niedostępne, kryje się odpowiedź na pytanie, co jest dla nas ważne.

A kiedy sobie już na to pytanie odpowiemy, możemy wdrożyć odpowiedni plan, by krok po kroku przybliżyć się do tego lub może nawet samemu stworzyć odpowiednie warunki, by z zalążka idei urosło coś więcej.

Może właśnie taką relację, w której najszybciej będzie przybiec, gdy będziemy potrzebowali pomocy.

I tu, i tam – zmiana perspektywy

Zawsze – co lubiłam sobie powtarzać na początku mojej emigracji – można też wrócić. Nie oznacza to oczywiście, że ominie nas ponowny szok kulturowy. Po upływie dłuższego czasu za granicą, powrót do kraju bywa równie bolesny, co próba zaaklimatyzowania się na obczyźnie.

Nie oznacza to, że powody, dla których wyjechaliśmy, znikną i przestaną dać o sobie znać.

Ale czasami tęsknota przestaje być znośna czy konstruktywna.

Czasami chce się najzwyczajniej w świecie wracać. I to też jest w porządku. A jeśli zdecydujemy się zostać, gorąco zachęcam do zmiany perspektywy.

U mniej samej nastąpiła ona stosunkowo niedawno i wniosła nową jakość życia. Wśród emigrantów często panuje poczucie, że po wyjeździe nie jest się ani tu, ani tam. Jedną nogą zawsze gdzie indziej. A co, gdyby nazywać ten sam stan byciem i tu, i tam?

Posiadaniem dwóch domów, zamiast krążeniem pomiędzy tym, który należy w końcu wybrać?

Bo i tu i tam, jak się już zapewne domyślacie, jest ważne.

Wszędzie Ważne.