Autor: Basia Firlej
Zaczęło się od tanich (wtedy, te kilkanaście lat temu, nawet bardzo) lotów : weekend w szwedzkim Malmö, tydzień w Paryżu, pierwsze couchsurfingi, w czasach, gdy ta strona jeszcze nie przypominała aplikacji randkowej.
Miałam jakieś dwadzieścia lat, mój ówczesny chłopak mieszkał wtedy w Barcelonie i jeździłam tam pomiędzy swoimi egzaminami na studiach, w przerwie “upychając” w długie weekendy wyjazdy do Maroka, do Portugalii, do Włoch – gdzie się dało, byle w drodze.
Któregoś dnia wracaliśmy autostopem przez południe Europy i turecki tirowiec zaproponował nam podróż ciężarówką z Hiszpanii do Stambułu. Wtedy w Krakowie czekały jednak na mnie praca i studia, i pamiętam wręcz fizyczny ból, kiedy chwilę potem wracałam inną ciężarówką, w inną stronę; w stronę Polski.
Wtedy jednak zaczęłam powoli pojmować prawa, które rządzą byciem w drodze: pojawia się okazja, która zanosi cię gdzieś daleko. Gdzieś, gdzie będzie czekała jakaś osoba, jakaś historia… Punkt prowadzi do punktu, miejsce do miejsca, człowiek do człowieka. Możliwości rozgałęziają się, a ty znajdujesz się nagle w zupełnie niespodziewanym miejscu.
Ludzie i podróż, która trwa do dziś
Parę lat później przeprowadziłam się w ramach Erasmusa do Paryża : studiowałam wtedy romanistykę, marzyłam o tym, żeby mówić po francusku i los wrzucił mnie w to dziwne, buzujące, wielonarodowe miasto. Pojechałam tam zupełnie sama. Miałam dwadzieścia trzy lata. Godzinami chodziłam po arabskich targach, obserwowałam uliczne koncerty, a potem wracałam do mikroskopijnego pokoju na poddaszu. Mam wrażenie, że to wtedy zaczęła się moja podróż – ta podróż, która trwa do dziś. Tej nocy w Paryżu, kiedy poznałam na ulicy dziewczynę, która, tak po prostu, zaprosiła mnie do Peru.
Czasem czytam w Internecie o tym, że ludzie nie wiedzą, jak kogoś poznać w podróży. Ja mam wrażenie, że nie wiem, jak można kogoś nie poznać: w moich podróżach ludzie pojawiają się nieoczekiwanie. To raczej w Polsce mam większy problem, żeby zgrać się grafikiem z moimi przyjaciółmi. Tym razem to Yulissa podeszła do mnie, w osiemnastej dzielnicy Paryża. Noc była ciepła, zaczęłyśmy rozmawiać i tak po prostu dostałam zaproszenie na inny kontynent. Pomyślałam wtedy o tym tureckim kierowcy. I tym razem powiedziałam tak.
Parę miesięcy później miałam kupiony bilet – w jedną stronę. Spędziłam cztery miesiące w Ameryce Południowej – trochę sama, trochę, poznając ludzi w hostelach i couchsurfingach. Mieszkałam w dżungli, byłam na wolontariatach, pracowałam w hostelowym barze, lejąc alkohol ludziom z całego świata. I poczułam, że ten bilet w jedną stronę jest też metaforyczny: że to jest podróż, która nie będzie mieć końca i że jeśli wrócę któregoś dnia, to nie chcę po prostu żyć z dnia na dzień.
Dorosłe życie – jak to zrobić?
Po czterech miesiącach wylądowałam na wielkim, nowoczesnym lotnisku we Frankfurcie i nie miałam pojęcia co zrobić z tak zwaną przyszłością. Została mi praca magisterska do obronienia, a na horyzoncie rysowało się “dorosłe życie”. I postanowiłam jechać dalej. Studia zabiły we mnie miłość do francuskiego, nie widziałam siebie w pracy w szkole. Chciałam po prostu zobaczyć świat. Nie wiedziałam tylko, jak to zrobić, żeby połączyć to z pracą i pieniędzmi.
Wymyśliłam, że będę łączyć pracę z wyjazdami; kilka miesięcy pracy, kilka miesięcy w drodze. Zaczęło się od Norwegii: malowałam tam domy, a w wolnym czasie zwiedzałam, ile się dało. I odkładałam, ile się dało: opanowałam do perfekcji mądrą organizację zakupów i freeganizm. I marzenia o tym, gdzie dalej.
Dalej była Barcelona na zimę (i jej puste plaże poza sezonem), potem, kiedy skończyły się pieniądze – Islandia, Szwajcaria i zbiory owoców we Francji. W międzyczasie okazjonalne powroty do Polski i dalsze podróże: Azja, Afryka.
Okazało się, że jest mnóstwo sposobów na to, żeby przetrwać w drodze: najwytrwalsi zaczynają od przycinania drzewek przed zbiorami, potem jadą na same zbiory – winogrona w sierpniu i wrześniu, jabłka w październiku, potem – oliwki albo pomarańcze w ciepłych krajach; następnie można jechać na sezon narciarski w Alpy (najczęściej dostaje się darmowy nocleg i ski pass) i w ten sposób przezimować, aż do kwietnia, kiedy znowu zaczyna się praca w rolnictwie. W międzyczasie można pojechać w jakąś podróż: Indie, Ameryka Południowa albo Azja.
W zasadzie przez kilka lat żyłam w tym trybie: praca dorywcza/sezonowa w dobrze rozwiniętym kraju, a potem parę miesięcy w podróży. Niestety nauczyłam się też, że taki tryb życia to nie tylko wieczna radość odkrywania, ale też pustka i niepewność po powrocie – za każdym razem w Polsce powracały nieznośne myśli o tym “co dalej” i o tym, ile w zasadzie można tak jeździć?
Przeczytaj też: Cyfrowi nomadzi – jak zadbać o kondycję psychiczną pracując zdalnie i podróżując.

Pułapka wiecznego “tu i teraz”
Prawie wszyscy wiedzą, jak to jest skończyć studia, po studiach założyć rodzinę i zamieszkać w jakimś dużym mieście. Nie ma za to zestawu porad na życie nomady – skąd brać pieniądze i stały kontakt z przyjaciółmi? Co w zasadzie z tym słynnym samorozwojem, kiedy ciągle zmienia się miejsce zamieszkania? Gdzie jest mój dom? Myśli pojawiały się tak szybko, jak znikały, kiedy ruszałam w następną podróż – teraz myślę, że miałam niezłą determinację, żeby przed nimi uciekać.
Zdałam sobie też sprawę, że ten tryb życia: wiecznie w drodze, z rozwianymi włosami i bez zobowiązań ma wiele wad. Brak czasu na ulubione aktywności i rytuały typu joga, pójście na basen, bieganie; brak kluczowego dla zdrowia psychicznego komfortu, takiego jak własne ciche miejsce, w którym można się zregenerować; projekty i inicjatywy, w których nie mogłam uczestniczyć, bo zawsze byłam daleko. Wszystkie pieniądze szły na kolejne podróże, a oprócz tego marzyłam przecież o tym, żeby zrobić prawo jazdy, żeby kupić aparat fotograficzny… Kiedyś w drodze usłyszałam takie mądre zdanie, że “życie tu i teraz” brzmi pięknie, ale oznacza również zgodę na życie bez przeszłości i bez przyszłości, które przecież też są częścią naszego “wewnętrznego pejzażu”. Czułam, że będąc w drodze tyle lat zatrzymałam się w tym wiecznym “tu i teraz” i zaczyna mnie uwierać jak ciasne buty to, że nie wiem, co dalej.
Chciałam podróżować, ale jednocześnie nie martwić się tym, że na kolejny sezon czy zbiory nie będzie dla mnie miejsca. Chciałam czuć, że robię coś ważnego dla siebie i dla świata. Miałam wrażenie, że to, co wzięłam za wolność absolutną, czyli praca w różnych miejscach na świecie, a potem miesiące z plecakiem na plecach, tak naprawdę trochę mi tę wolność zabierają: nie mogę zrobić wielu rzeczy, o których marzę lub które są dla mnie ważne (od zapisania się na ciekawy kurs, aż po relacje z ludźmi i ekologię), bo ciągle jestem w trybie survivalu.
Myślałam, że takie podróże uwolnią mnie od zmartwień o pieniądze, tymczasem pieniądze były wszystkim, o czym myślałam, bo ciągle musiałam kombinować jakieś dorywcze prace! Miałam też wrażenie, że wieczne bycie w drodze przypomina ucieczkę od codzienności i jednym z większych odkryć mojego życia w podróży było to, że chodzi bardziej o to, żeby odkryć swoją własną codzienność. Że nie musi ona oznaczać pracy od ósmej do szesnastej ani ograniczeń. Że to nie jest tak, że podróż jest cudownym lekarstwem, a po drugiej stronie czeka “szara rzeczywistość”. Że chciałabym mieć piękną codzienność i wpleść w nią podróże – i na tym etapie nie chciałam już pracować na zbiorach i żyć w samochodzie albo w namiocie.
Okazuje się, że istnieją ograniczenia, których potrzebujemy!
Kiedyś, parę lat temu, bardziej liczyła się dla mnie sama droga, i to, gdzie ona może mnie zabrać. Dzisiaj, mimo że dalej jestem w drodze, bardziej liczy się to, jak ja się w niej czuję i który kierunek wybiorę. Zrozumiałam, że muszę sobie zorganizować tę drogę na swoich warunkach – i zaczęłam swoją podróż “do środka” czyli terapię, która pod wieloma względami też przypomina wyprawę w nieznane.
Trochę pomógł mi też – o dziwo – COVID, który był utrapieniem dla większości podróżników. Dla mnie okazał się zbawieniem – odcięta od bodźców i możliwości podróżowania mogłam spokojnie wypracować sobie swoją rutynę i pomyśleć co dalej. W którymś momencie, w Krakowie, znalazłam pracę jako lektorka języka angielskiego. Lata podróży i pracy po angielsku sprawiły, że mogłam zdać certyfikat TEFL uprawniający mnie do nauczania. “Wróciłam” też do porzuconego na lata języka francuskiego i dzisiaj to właśnie tym się zajmuję: pracuję zdalnie, nauczając angielskiego i francuskiego, a ten tekst piszę do Was z południa Francji, gdzie zamieszkałam tej zimy.
W taki oto sprytny sposób zostałam tak zwanym digital nomadem i mogę pracować wszędzie, gdzie tylko znajdę dostęp do internetu. Przy wielu wspaniałych zaletach tego trybu życia mam jednak wrażenie, że nikt nie mówi o wyzwaniach. Tak, jesteś wolna, tak, nie musisz biegać do biura i użerać się z szefem, tak, decydujesz o sobie i możesz w każdej chwili zamieszkać, gdzie tylko masz ochotę. Ale też: jesteś człowiekiem znikąd, przepływasz pomiędzy narodowościami, dokumentami, zawsze na chwilę… Gubi się pojęcie domu, powracania i wyjeżdżania. Żegnasz się wciąż z przyjaciółmi i z nowo poznanymi ludźmi, żeby potem znów móc się z nimi powitać, Twoje rzeczy są rozproszone po całym Twoim mikroświecie: u mamy, u przyjaciół, po półkach i piwnicach.
W końcu nie da się zabrać wszystkiego.
Przeczytaj też: Kompetencje przyszłości. Dlaczego warto oduczyć się starych nawyków by zacząć rozwijać nowe umiejętności.
Zrzucanie starej skóry
Warto mieć dom w środku, i to jest, mam wrażenie, najistotniejszą częścią bycia w drodze. Dla mnie to oznacza, że kluczowe nie jest uciekanie od codzienności, tylko wypracowanie sobie swojej własnej – takiej, w której mi będzie dobrze i w niej nie będę tęsknić za jakimś wiecznym “dalej”. Że to ja jestem najważniejszym punktem tej podróży i ja wybieram, dokąd iść. Że jestem wszędzie ważna. O tym jest dla mnie podróżowanie z serca i w zgodzie ze sobą; o słuchaniu swoich potrzeb i uszyciu sobie podnie drogi na miarę.
Staram się pamiętać, że w drodze trzeba nasłuchiwać mocniej i uważniej – siebie i świata. Przyglądam się temu, co zostaje, kiedy w obcym sklepie nie mogę znaleźć mojej ulubionej kaszy jaglanej, kiedy po raz kolejny brakuje mi słowa, kiedy bycie “stamtąd”, ”znikąd”, “z daleka” nie jest już romantyczną anegdotą, ale codziennością.
W jednym miejscu, wśród znanych osób i zwyczajów, łatwo o “bazę”. Nie muszę się zastanawiać, czy ktoś mnie dobrze zrozumiał w obcym języku albo czy w ogóle zrozumiał mnie taką, jaką jestem. Moi przyjaciele dobrze rozumieją wszystkie moje dziwne zwyczaje: wracam do swojego łóżka, piję kawę w ulubionym kubku, który dostałam od mamy.

Baza jest solidna i przewidywalna
Łatwo na niej zbudować całą resztę. W podróży nagle okazuje się, że nie wiem, jak przetłumaczyć na francuski moje ulubione powiedzonko, że w Polsce jestem jakoś bardziej “hop do przodu”, a tutaj trochę bardziej głupio wyjść na środek pokoju i się przedstawić. Że kiedy nie mam ochoty opowiadać nowym współlokatorom czy sąsiadom o swoim dniu, to nie dlatego, że jestem chamska albo nie mam nic do powiedzenia – po prostu cały dzień spędzony w dresie, na pracy przy komputerze zmęczył mnie na tyle, że mam ochotę po prostu na chwilę spokoju.
Miasta są inne niż te swojskie, polskie: rynek i ulice odchodzące od niego niczym słoneczne promienie. Tutaj, na południu Francji, miasta przypominają złożony z uliczek labirynt, więc nawet miasto ma inną topografię, inne kształty. Inne rzeczy przytrafiają się na innych rogach ulic. Inaczej parkuje mi się mój stary samochód, kiedy uliczki mają szerokość mniej więcej moich rozpostartych ramion.
Ale powtarzam sobie, że choćbyśmy nie wiem jak chcieli, ulubiona kanapa, kubek, fotel i nasi przyjaciele to nie jest cała prawda o nas. Cała reszta jest w środku i to w podróży nadchodzi właśnie moment na całą resztę. To w drodze mogę się dowiedzieć, jak reaguję, kiedy jest mi niewygodnie albo czy jeszcze chcę mieszkać z innymi ludźmi, kiedy mam trzydzieści dwa lata? A może wolę mieszkać sama? Jak komunikuję się z ludźmi, kiedy nie mam dostępu do znanych mi narzędzi: powiedzonek, reakcji, gestów? To jest to wszystko, co zostaje, kiedy obierzemy się z warstw: tych, które nałożyliśmy sami sobie i tych, które nałożyli nam inni. Często zapomina się o nich w codziennym, domowo-biurowym trybie. Bycie w podróży pomaga spojrzeć na siebie z zewnątrz.
Wciąż rozważam “emigrację”, co chyba jest tematem na kolejny tekst, ale póki co dzięki pracy zdalnej mogę być parę miesięcy w Polsce, a parę miesięcy w drodze. Na ten moment pasuje mi “obywatelstwo świata”, które mimo tego, że brzmi niesamowicie romantycznie, najczęściej oznacza, że jest się po prostu znikąd.
Choć wolę zamieniać “znikąd” na “zewsząd”, a “bezdomność” na “wielodomność”.

