Kiedy miłość stała się ważniejsza niż przyjaźń?

Terapia online

Każdy przypadek jest indywidualny, dlatego pamiętaj, że artykuły nie zastąpią terapii!
Jeśli potrzebujesz wsparcia zarezerwuj spotkanie tutaj!

Autor: Kasia Makarewicz

Czasami chciałabym wiedzieć, co najbliżsi mi ludzie wpisują w okna swojej wyszukiwarki. Żeby wiedzieć, czego brakuje im naprawdę.

Czego się boją, co podejrzewają, o czym myślą, gdy kolejny raz nie mogą zasnąć. Na jakie pytania głupio im przyznać, że nie znają jeszcze odpowiedzi. Kim są naprawdę, kiedy gaśnie światło i już niczego przed nikim nie trzeba udawać. I co jest dla nich, tylko i wyłącznie dla nich ważne, wbrew temu, co może się innym jawić jako nieistotne, błahe.

Bo chociaż na rodzinnych obiadach, wigilijnych wieczerzach, parapetówkach ze znajomymi – temat miłości, związków, rozstań i powrotów przewija się często – niektórzy powiedzieliby, że zdecydowanie za często – wyniki wyszukiwań googla mówią, że nie tylko ten wątek spędza ludziom sen z powiek. Po kliknięciu „Jak znaleźć przyjaciela” wyskakuje ponad 3 miliony wyników. Po zapytaniu „jak znaleźć chłopaka” już tylko 1,3 miliona.

Może to dlatego, że w naszej kulturze miłość romantyczna urosła do takiego stopnia, że wszystko inne wydaje się jakby mniej znaczyć? Jakby miało mniejszą szansę przetrwania?

Wnieśliśmy ją na taki piedestał, że zabrała przestrzeń innym równie ważnym relacjom. Kazała nam wybierać. Sprawiła, że przestaliśmy rozmawiać o potrzebie więzi, nie tylko miłosnych, za którymi w duchu, po cichu, bardzo mocno tęsknimy.

W końcu taki Bogdan de Barbaro na przykład, popularny psychiatra i psychoterapeuta, we wszystkich swoich książkach nie stawia namiętności jako źródła dobrostanu. Ani czułych uniesień. Nie. Poczucie sprawczości i sieć społeczna – te dwa czynniki wskazuje jako predyktor zdrowia, zarówno psychicznego jak i fizycznego.

Kto zasługuje na miano przyjaciela?

Wiele razy słyszałam, że najważniejsza jest rodzina. Że trzeba o nią dbać, czasami się dla niej poświęcić, no i nigdy, przenigdy źle o niej nie mówić. (To już na szczęście powoli się zmienia)

Ale teraz proszę, spróbuj sobie przypomnieć dokładnie, kiedy ostatni raz zapytano Cię na rodzinnym spotkaniu: co słychać u Twoich przyjaciół? Nie jak tam u Twojej osoby partnerskiej, nie jak tam „w domu”, nie jak tam dzieci (albo obecne albo te które potencjalni dziadkowie chcieliby mieć), nie jak tam „Twoje życie uczuciowe” – ale co słychać u Twoich przyjaciół?

To ciekawe jak często ten element naszego życia jest pomijany na rzecz pytań o to, w jaki sposób zarabiamy pieniądze albo na jakie wakacje się wybieramy. Nie “gdzie szukamy pomocy, ukojenia, ramion w których możemy się schować”.

Trudno myśleć o głębokim zaangażowaniu w relacje przyjacielskie, dzieleniu się wszystkimi swoimi zasobami: czasem, wiedzą, emocjami, intymnością, gdy świat dookoła zdaje się mówić, że masz ważniejsze rzeczy do roboty. W końcu po odbębnieniu obowiązków zostaje tak mało czasu, że wyjście na kawę z koleżanką może poczekać, najważniejsze najpierw zająć się tym, co dzieje się w domu. Ale paradoksalnie na to, co dzieje się w domu, może wpływać to, że nie łapiemy do niego dystansu, nie dajemy sobie szansy z niego wyjść, odetchnąć, złapać nowej perspektywy. A od tego są właśnie przyjaciele. To oni luzują zaciśnięty mocno pasek na brzuchu, pozwalają go puścić.

I to chyba byłaby najlepsza definicja przyjaciela. Bo gdy zastanawiamy się, kto jest dobrym znajomym, kto kolegą, koleżanką, a kto ma szansę awansować wyżej, robi się zamieszanie. Bo jak określić od jakiego pułapu można wejść głębiej, zajrzeć bardziej, dostać zaproszenie w miejsca, które pokazuje się tylko gościom specjalnym?

Istnieje badanie przeprowadzone przez Jeffrey’a Halla, profesora na Uniwersytecie w Kansas, które mówi, że aby zaprzyjaźnić się z kimś w dorosłym życiu, potrzebujemy odpowiedniej liczby godzin jakościowo spędzonego czasu. I tak ok. 50 godzin zajmuje nawiązanie nowej znajomości, 90 godzin sprawia, że zaczynamy nazywać kogoś kumplem, a dopiero po przekroczeniu 200 godzin czujemy na tyle bliskości z danym człowiekiem, by zacząć postrzegać go jako przyjaciela.

I wszystko byłoby super, gdybyśmy byli robotami i dałoby się to wszystko po prostu obliczyć, wymierzyć i odpowiednio poetykietować. Ale jesteśmy ludźmi targanymi najróżniejszymi emocjami i nawet jeśli mnóstwo czasu spędzanego wspólnie jest w stanie zagwarantować stworzenie więzi opartej na bezpieczeństwie i zaufaniu, to wciąż można mieć poczucie, że nam brakuje „tego czegoś”. W końcu z niektórymi ludźmi potrafimy złapać niesamowitą energię już po kilku godzinach, a do innych bywa, że próbujemy się przekonać latami.

Przeczytaj także: Poliamoria, czy można kochać kilka osób jednocześnie.

Pułapki przyjaźni – też w nie wpadasz?

Czy przyjacielem jest ta osoba, którą widzimy codziennie i dzielimy z nią trudy każdego dnia, spędzając tysiące godzin? Czy może właśnie Ci ludzie, których, jak lubimy podkreślać, widzimy tylko raz na jakiś czas, ale jest wtedy tak, jakby nigdy nie było żadnej ciszy, przerwy. Zupełnie jakby ktoś wcisnął przycisk pauza dla tej relacji i za każdym razem, gdy go wyłącza, wszystko gra tak samo świetnie. Bez żadnych zakłóceń w nadawaniu.

Bo i owszem sama mam i kocham takie relacje, ale ostatnio usłyszałam coś, co do dzisiaj we mnie pracuje:

  • Łatwo jest się przyjaźnić z ludźmi, którzy są daleko, raz na jakiś czas, od święta, wtedy kiedy akurat mogą, kiedy obu stronom pasuje. To zupełnie inne wyzwanie, niż bycie obok przyjaciółki, która właśnie się rozwodzi i potrzebuje naszej obecności. Która siódmy dzień z rzędu do nas dzwoni i ma ten sam problem.

Często te znajomości, które zaczynają się intensywnie, równie szybko się spalają. W przyjaźni jak w miłości pierwsze miesiące są stanem zadurzenia. Radość ze znalezienia człowieka, przy którym jest nam dobrze jest ogromna i skrzętnie zakrywa wszelkie mankamenty, różnice, które uwypuklają się dopiero po czasie. A potem (jak w związku) trzeba będzie nad nimi przysiąść i popracować. Nie mówi się o tym, że w przyjaźni też trzeba się docierać. Raczej kreowany jest wizerunek ideału, który jeśli się znajdzie, na lata będzie trwał w takiej samej, niczym niezmąconej formie.

A przecież wobec przyjaciół mamy równie wiele oczekiwań co do naszych partnerów. Dlaczego więc nie pracujemy nad nimi w równym stopniu?

I co, ze stratą znajomości, na przykład przez emigrację? Przez ograniczony kontakt, dłuższą ciszę, przerwy. Czy to oznacza, że te znajomości miały słaby fundament czy, że do podtrzymywania tej więzi jest potrzebny podobny kontekst? A może zwyczajnie – o przyjaźnie nie dbamy w równym stopniu w jakim dbamy o związki? Może istnieje niepisana umowa na konkretną częstotliwość kontaktów i jej złamanie skutkuje zagrożeniem całej relacji? Bo jeśli ktoś chciał się z kimś widywać, co weekend, a nagle nie może, to będzie chciał szukać kogoś innego.

Terapia dla przyjaciół – czy to ma w ogóle sens?

W książce „Wszystko, co musimy utracić” Judith Viorst pisze też o przyjaciołach zmieniających się na przestrzeni czasu. Tych głębokich relacjach, które nawiązaliśmy w młodości, w szkole i które towarzyszyły nam większość życia. Aż do czasu.

Aż do czasu kiedy pojawiły się dzieci. Albo kiedy pojawiła się decyzja o ich braku. Aż do czasu gdy jedni weszli w związek małżeński, a drudzy wyjechali w podróż dookoła świata. Zmieniły się ich priorytety, sposoby spędzania czasu. I chociaż pozostał sentyment, który nie pozwala tak po prostu odejść i zapomnieć, często któraś ze stron bardzo odczuwa, że to już nie to, co kiedyś.

W analogicznym przypadku, gdyby to był związek partnerski, można by było mówić o pójściu na terapię w celu wypracowania kompromisu albo po prostu uznano by, że wspólna wizja przyszłości tych osób jest zgoła odmienna i trzeba podać sobie ręce, w spokoju i godności się rozstać.

Ale ktoś przekonał nas, że to są przecież zupełnie inne relacje. Jedne zasługują na wszystkie możliwe starania, a drugie na stopniową ciszę, powoli opadającą , by jedna ze stron była w stanie się domyśleć. Żadne tam mówienie wprost i komunikowanie problemu, z którym się mierzymy w relacji.

Jako nastolatce wydawało mi się absurdalne, że trzeba się spotkać, żeby się rozejść.

Dzisiaj równie mocno dziwię się, że nikt nie stworzył równie konkretnego kodeksu postępowania w przypadku końca przyjaźni. Że nie ma żadnego spisanego savoir-vivru ani nawet niepisanego regulaminu. Jedynie milczenie.

Ghostowanie jest tak samo nie do przyjęcia w sferze przyjaźni, jak i miłości. Ale mimo, że boli, stanowi jednocześnie wyraźny sygnał. Czasami jedna ze stron nie jest na to gotowa i próbuje udawać, że koniec wcale nie nadchodzi. Albo nosi potem w sobie żal nie do ukojenia.

Przeczytaj także: Związek na odległość – jak pielęgnować relacje na emigracji?

Samotność w sieci. Co media społecznościowe robią naszej przyjaźni?

Szansę na rozstawanie się bez konieczności długiej rozmowy i na poznawanie się bez dużych wymian zdań dają też media społecznościowe. Znajomości online rządzą się zupełnie innymi prawami. To my wybieramy kiedy i kogo wpuszczamy do naszej przestrzeni. Użytkownicy social mediów nie zadzwonią nagle do nas z pytaniem czy jesteśmy w domu, bo z chęcią by zaraz wpadli na obiad. I chociaż jest mnóstwo plusów i korzyści płynących z takich znajomości, to czy nie sprawiają, że dajemy sobie iluzję kontaktów społecznych?

Bo jak długo można wytrzymać bez dotyku? Bez przytulenia, gdy rozpadnie nam się związek. Bez patrzenia sobie w oczy, w ciszy, gdy żadne słowo nie odczaruje bólu straty, a jedynie trzeba nam obecności, świadomości, że ktoś tu jest z nami, gotowy to przeczekać. Bo jak pisał Gombrowicz: „Przed człowiekiem schronić się można tylko w objęcia innego człowieka. „

Pozbawieni fizycznej obecności osób z którymi czujemy się blisko, którym możemy szczerze powiedzieć, co się u nas dzieje – możemy czuć się bardzo osamotnieni. I nie dlatego, że nie umiemy być sami ze sobą, nie radzimy sobie z własną samotnością. Ale dlatego, że ten stan braku znaczących więzi się przedłuża, a my jako ludzie stworzeni jesteśmy do życia w społeczności.

Autor raportu„Our Epidemic of Loneliness and Isolation z maja tego roku, dr Vivek Murthy podaje, że w ostatnich latach samotność stała się częścią życia aż 50 proc. Amerykanów i Amerykanek. I gdyby traktować ją jak wirusa, to można by powiedzieć, że w świecie internetu i podróży jest wyjątkowo podstępny. Potrafi długo pozostawać uśpiony. Aktywnie atakując właśnie wtedy, gdy nasza odporność jest osłabiona. Może odezwać się właśnie wtedy gdy stracimy pracę albo rozpadnie nam się związek. Gdy będziemy mieć potrzebę przegadania czterech godzin o tym, co nas boli, ale nie do końca będzie wiadomo czy pod którymś numerem z listy, któryś z odbiorców – będzie na to gotowy.

Jak w medycynie – od leczenia lepsza jest profilaktyka, więc jeśli czujesz, że to może być o Tobie – idź je przebadać. Przyjrzyj się tym relacjom. Sprawdź tam gdzie boli. Wytnij, co narosło niedopowiedzeniami.

A jeśli trzeba suplementuj.

Suplementuj związki.

Bo potrafią wzmacniać mocniej od witamin.

Wyciszać układ nerwowy bardziej niż długi oddech.

Bo nas leczą.

 

Zapisz się i otrzymaj nasz bezpłatny przewodnik!

Odnajdź siebie — jak poczuć się “jak w domu”, gdziekolwiek jesteś?

Praktyczny przewodnik stworzony przez psycholożki, które same poznały wartość życia na styku kultur. Znajdziesz w nim konkretne ćwiczenia i transformacyjne pytania, które pomogą Ci stworzyć własną definicję "bycia u siebie" - niezależnie od miejsca na mapie.

* Pobierając za darmo nasz Ebook, zapisujesz się jednocześnie na nieodpłatny Newsletter, w którym dzielimy się z Tobą wiedzą z zakresu zdrowia psychicznego. Newsletter może zawierać również informacje o prowadzonej przez nas działalności w ramach Wszędzie Ważne (w tym informacji handlowych), informacji o naszych usługach, o nowych funkcjonalnościach naszej Strony internetowej i Gabinetu psychologicznego online, o organizowanych wydarzeniach czy informacji o prowadzonych kampaniach edukacyjnych (organizowanych najczęściej z wykorzystaniem mediów społecznościowych, takich jak Instagram, Facebook czy TikTok)