Autor:
Słuchałam Taco Hemingwaya, zanim to było modne.
I jak wszystko, co cenne, chciałam pokazywać tylko przyjaciołom, żeby przypadkiem nie rozeszło się po okolicy jak plotka, sensacja, która przyciąga tłumy gapiów. Zupełnie odwrotnie, niż współczesne podróżnicze influenserki, które dzielą się wszystkim, co uznają za cenne. Im bardziej ukryty i sekretny spot, tym lepsze przyniesie zasięgi.
Ale o tym zaraz. Skupmy się jeszcze chwilę na muzyce.
Gdzieś w Rewalu, w małym pokoju o wymiarach pięć na pięć metrów kwadratowych, kolega mojego ówczesnego chłopaka puścił z wieży kawałek: „a pamiętasz: jak mówiłaś, że mnie kochasz, jak mówiłaś, że mnie kochasz, jak mówiłaś, że mnie…?”. I zamiast wyjść na plażę, zostaliśmy w łóżku, zapętlając raz po raz półgodzinną płytę ziomka, który dopiero miał stać się objawieniem współczesnej rapowej sceny. I chociaż to oczywiste, że twórcy chcą zdobywać sławę i rozpoznawalność – z perspektywy odbiorcy wciąż wzrusza mnie ten moment, kiedy dzieło jest jeszcze intymne i można się przez chwilę łudzić, że zostanie tylko nasze na zawsze. Jak Nosowska, która pali szlugi, ubiera się na czarno i stojąc nieruchomo jak słup soli śpiewa o tym, że umiera. I nigdy nie będzie radośnie reklamować mleka roślinnego Alpro. Nigdy nie wyjdzie poza nasz personalny pejzaż emocjonalnych doznań.
Ale wszystko przemija, zmienia formę i niebezpiecznie jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie.
Problem pojawia się wtedy, kiedy podobna tendencja zaczyna dotykać turystyki. A co za tym idzie: naszych parków, plaż, dróg, może nawet bloku, w którym mieszkamy. Co począć, kiedy to, co wyjątkowe, bliskie sercu i intymne zmienia się w popularne, modne, masowe i… sprawia, że cena czynszu szybuje jak notowania na Wall Street? Cena kawy i wody w najbliższym sklepie za rogiem zostaje podniesiona o 200%, bo przyjezdni i tak ją kupią? Ulubiona niegdyś restauracja przestaje przyjmować rezerwacje od lokalsów, bo woli obsługiwać szczodrze zostawiających napiwki turystów?
Pamiętam, kiedy barceloński park Guella był dostępny dla wszystkich. Płaciło się jedynie za wstęp do najbardziej instagramowej części parku, gdzie turyści przychodzili robić sobie zdjęcia. Dzisiaj bez kupna biletu lub zarejestrowania się w specjalnym programie dla mieszkańców nie ma opcji, żeby w ogóle postawić w nim stopę. Podobne przykłady mogłabym przytaczać bez końca. Niedawno zamknięto na noc najpopularniejszy wśród mieszkańców punkt widokowy, na który chodziłam sama oglądać zachody słońca, a kończyłam nad ranem zaprzyjaźniona z innymi lokalsami. Teraz można przychodzić tam tylko na chwilę, w wyznaczonych porach, pod nadzorem policji.
Chciałoby się powiedzieć: śpieszmy się odkrywać ukryte miejscówki, bo niebawem rządzący wprowadzą tam opłaty, numerowane bilety albo połowę terenu zupełnie ogrodzą.
Bo kto wie kiedy, nie daj boże, to co lubimy – stanie się modne.
Wszyscy jesteśmy turystami
Część z nas aspiruje do miana „prawdziwych podróżników” rodem z przygód Indiana Jonesa. Zdaje się nie zadowalać losem weekendowego city breakowca, który zjada trzy razy droższe gelato niż lokalsi, bo się daje “robić”. Są to niestety tylko nasze pobożne życzenia. Chociaż jakaś część w nas usilnie próbuje trzymać się iluzji, że jesteśmy inni niż wszyscy, naprawdę wyjątkowi – tak naprawdę to tylko monolog ego. Wszyscy ostatecznie wyciągamy telefon, żeby cyknąć sobie fotkę. Albo wrzucić monetę zza siebie prosto do fontanny o magicznych mocach.
To tak, jak z byciem manipulowanym – ja też wolę zakładać, że to inni dają się nabierać wszechobecnemu marketingowi i tanim psychologicznym sztuczkom. To cała reszta jest podatna na wpływy, proste chwyty agencji reklamowych. Za to ja, niczym kwiat lotosu, spokojnie i lekko dryfuję pomiędzy całym tym Babilonem, odporna na jakiekolwiek sugestie kampanii w mediach społecznościowych.
Jednak niezależnie od tego, jakie profilaktyczne działania podejmujemy – całkowicie odporny nie jest nikt. Zwłaszcza widać to po sposobie dzisiejszego podróżowania. Po kilkugodzinnych kolejkach do zdjęcia w instafriendly punktach na, dajmy na to, Bali. Wyjeżdżamy po to, żeby coś odhaczyć, może coś komuś udowodnić, a najpewniej móc to potem pokazać. Zwłaszcza jeśli z każdego momentu wstawiamy serię zdjęć na stories. Boimy się, żeby nas coś nie ominęło, żeby nie przeoczyć atrakcji, którą tak rekomendowano.
Zastanawiam się jednak na ile kilka dni w Rzymie czy w Paryżu jest o doświadczaniu, a na ile o dokumentowaniu? Powstają z tego potem takie posty jak “trzy najlepsze miejsca do zjedzenia pizzy” albo “wypicia aeropressowej kawy”, ale czy aby na pewno jest tam przestrzeń na ich świadome, powolne smakowanie? Czy w świecie, w którym tak ważne jest kreowanie wizerunku, da się ten imperatyw wygłuszyć na wakacjach? A może już nawet nie do końca oddzielamy pracę od wakacji, wizerunek od autentycznego ja? Chcąc nie chcąc, wszędzie przywdziewamy podobną pozę, która się dobrze klika.
Ktoś kiedyś powiedział mi, że w momencie, w którym wyciągasz telefon, by uwiecznić chwilę – nieważne czy to będą Twoje trzydzieste urodziny, pierwszy krok Twojego dziecka, czy zachód słońca nad portugalskim wybrzeżem – przestajesz brać w niej udział. Wypadasz z gry. Trafiasz do więzienia w Monopoly i musisz chwilę odczekać. Zamiast doświadczać, stajesz się obserwatorem swojego własnego doświadczenia. Przez chwilę nie grasz żadnej roli. We własnym życiu jesteś tylko reporterem.
Przeczytaj też: Adventure Therapy – czyli terapia w stylu Indiana Jones

Kryzys wyobraźni
A może w ogóle trzeba pójść jeszcze krok dalej? Przyjrzyjmy się naszym zdolnościom wizualizacji w świecie, w którym AI produkuje harrypotterowską wizję Balenciagi. Czy jeśli wydaje nam się, że każda droga zostanie pokazana na google maps, a każda wizja obrazu w naszej głowie może zostać realnie wygenerowana w kilka minut, to czy będziemy jeszcze chcieli ćwiczyć wyobraźnie? Po co? Przecież w takiej sytuacji można założyć, że nie ma potrzeby wychodzenia poza templejt. Czemu zaglądać do następnej uliczki, skoro tutaj tripadvisor albo ebook znanej podróżniczki już wszystko rozrysował i nie wspominał, żeby miałoby się na niej spotkać coś interesującego. Czemu sprawdzać punkt na mapie, do którego nie ma załadowanej grafiki i bóg jeden wie, co tam można znaleźć? Czemu wchodzić do nieznanej knajpki, skoro tutaj, w tym przewodniku, podają pewniaka: „miło, czysto i wszystkim smakowało”?
Owszem, można się zawieść. I ze strachu przed rozczarowaniem trzymać wytyczonych śladów. Ale jak można też się zaskoczyć. Zobaczyć coś, o czym się jeszcze nie słyszało. Poczuć atmosferę, której nie da się opisać. Poznać kogoś nowego. Uchwycić nową perspektywę.
Bo czy można jeszcze powiedzieć, że podróże kształcą?
To tak, jak z czytaniem książek, jeśli sięgasz ciągle po te same. Możesz przeczytać pięćdziesiąt pozycji rocznie i wcale nie poszerzyć Twoich horyzontów, jeśli główną bohaterką zawsze będzie biała, heteroseksualna młoda dorosła, która szuka swojej drogi i nie wie, czy chce mieć dzieci. Z podróżowaniem jest podobnie. Jego założeniem było odkrywanie nieznanego. Czy na pewno dajemy sobie szansę na tego rodzaju doświadczenie, nie próbując nawet przez chwilę porozmawiać z nikim z danej kultury? Wybierając hipsterskie kawiarnie robione na tę samą modłę w każdym europejskim mieście? Tradycyjną kuchnię portugalską z koncertem Fado, ale razem z wycieczką Tripadvisora? Jedząc Kfc albo McDonalda, mając przed sobą tradycyjną japońską kuchnię? A może mamy chęci na coś innego, ale z lęku wybieramy to samo co zwykle?
Wiem coś o tym. Latami zamawiałam tylko jedną pizzę – włoską Margaritę, bezpieczną opcję – ze strachu, że każdy inny wybór mógłby mnie rozczarować.
Dyskomfort? Mówimy stanowcze nie
Odkrywanie różnorodności bywa trudne. Poznawanie odmiennego – skomplikowane. Natomiast instapodróże są zaskakująco łatwe w konsumpcji. Ale czy unikanie dyskomfortu paradoksalnie czegoś wartościowego nam nie odbiera? Może w moim życiu nie wydarza się coś, co bym chciała, żeby było w nim obecne, bo nie stwarzam ku temu okazji? Może właśnie w trudzie, w wysiłku tkwi ta serotonina – hormon szczęścia, którego tak pragniemy. Podczas gdy ciągle zajęci jesteśmy gonieniem za dopaminą – hajem płynącym z szybkiej gratyfikacji.
Jak wtedy, kiedy idzie się szlakiem Camino de Santiago: owszem odkrywa się przepiękne widoki, poznaje fantastycznych ludzi w pełnej syntonii, tak samo jak my nastawionych na współbrzmienie z innymi. Ale drogą do tej synchronizacji jest dziejący się każdego dnia kilkudziesięciokilometrowy proces dostrajania się do własnych kroków i kroków tych których mamy obok. Dźwięków przyrody. Czasami bolą łydki, innym razem pracy odmawia odcinek lędźwiowy, ale ma się poczucie wspólnoty. Taka wspólnota nie powstaje, gdy każdy siedzi z nosem w telefonie, wstawiając perfekcyjne zdjęcie jedzenia. Zazwyczaj rozwija się powoli, a nawet boleśnie, jak pierwsze kilka odcisków na podbiciu. Wśród jęków, wkurwu i tego małego kamyczka uwierającego stopę. Jeśli go nie wyrzucisz w porę – może poranić Ci ją aż do krwi.
Pytanie jak w ogóle doświadczać pełni życia, nie pozwalając sobie na dyskomfort. Wszak same relacje interpersonalne to nie rurki z kremem. A bez nich trudno o jakąkolwiek podróż. W końcu zawsze coś zapiecze, zaparzy, zaboli.
Ale jak dobrze smakuje ten tylko się dowie, kto się postarał.
Przeczytaj też: Rozwój osobisty – czym jest i jak o niego zadbać?
Summertime saddness
Już za chwilę zacznie się lato i ruszymy w poszukiwanie przygody, w poszukiwanie nowego. W poszukiwanie tego dreszczu, który możliwy jest tylko wakacyjną porą, gdy zimna woda na nagiej skórze nie zdążyła się jeszcze całkowicie wchłonąć w promieniu słońca.
Będziemy chcieli być i bywać. Jeść i smakować. Doznawać i się przyglądać. Zawsze z tym samym przestrachem, żeby zdążyć się tym wszystkim, nacieszyć, dopóki nie nadejdą z powrotem szare dni i długie noce. Mam nadzieję, że dana Wam będzie chwila całkowitego zapomnienia. Że znikną media społecznościowe, zdjęcia dla mamy, taty, chłopaka, przyjaciółki. Jakiegokolwiek rodzaju rozpraszacze. Zostanie tylko obecny moment: świeży, soczysty, przyprawiający o drganie wszystkie komórki i zawrót głowy. Chwila, w której nic innego nie będzie miało znaczenia. Ani z przeszłości, ani z przyszłości, tylko ta teraz.
To właśnie ona będzie dowodem na to, że podróżowanie w swojej esencji jest jeszcze możliwe.
To w niej nie będziecie krótkim gościem, przeskakującym od jednego do drugiego miejsca pobytu. Zamiast turystą szukającym punktu odniesienia zastaniecie świat, w którym wszystko jest nowe, a jednocześnie tak po ludzku znajome.
W tej jednej chwili będziecie przemierzać niekończące się kosmosy.
Czego sobie i Wam, serdecznie na to lato życzę.

